Jelenia Góra to my Jeleniogórzanie to my™ – Interaktywna mapa Jeleniej Góry
Jelenia Góra to my Jeleniogórzanie to my™ – Interaktywna mapa Jeleniej Góry
WywiadKlub Kwadrat, 4 listopada

Pan Ząbek przed występem w Jeleniej Górze: „Ulica bardzo uczy pokory”

Iluzjonista i komik znany z „Mam Talent!” i „Pytania na śniadanie” przyjeżdża 4 listopada do Klubu Kwadrat z programem „Jeszcze się uda!”. Rozmawiamy o pseudonimie, wpadkach, telewizji i o tym, dlaczego wybrał klub, a nie dużą salę.

Pan Ząbek, czyli Marcin Połoniewicz, łączy iluzję z czarnym humorem i improwizacją, a publiczność bywa u niego asystentem. Ma za sobą pantomimę, teatr, występy uliczne, festiwale cyrkowe i programy telewizyjne. Teraz rusza w pierwszą autorską trasę z programem dla dorosłych „Jeszcze się uda!”.

W Jeleniej Górze wystąpi w środę 4 listopada 2026 o 19:00 w Klubie Kwadrat w budynku Jeleniogórskiego Centrum Kultury. Przed występem zadaliśmy mu jedenaście pytań.

Skąd się wziął Pan Ząbek

Marcin Połoniewicz, czyli Pan Ząbek, poprawia apaszkę
Marcin Połoniewicz, czyli Pan Ząbek. Fot. materiały prasowe artysty.

Na swojej stronie pisał Pan kiedyś, że Pan Ząbek „narodził się spontanicznie w okolicach 2003 roku” jako alter ego Marcina Połoniewicza. Skąd właściwie wziął się ten pseudonim? Ile dziś jest Marcina w Panu Ząbku, a ile Pana Ząbka w Marcinie?

Ten pseudonim narodził się zupełnie spontanicznie podczas projektu, który prowadziłem pod nazwą „Magiczna Karawana”. Z ówczesną grupą cyrkową odwiedzaliśmy małe miejscowości, organizując warsztaty cyrkowe i wystawiając spektakle. Przypadła mi tam między innymi rola konferansjera. Bardzo chciałem stworzyć postać, która zapadnie widzom w pamięć.

Użyłem do tego kupionej zaledwie kilka dni wcześniej śmiesznej nakładki na zęby. Niewiele myśląc, wszedłem na scenę i przedstawiłem się: „Nazywam się Pan Ząbek!”. Ta postać wypłynęła gdzieś z mojej podświadomości. Skumulowała w sobie naturalne cechy, które posiadam, tyle że na scenie staram się je celowo przerysować, by stały się bardzo wyraziste. Sceniczne alter ego pozwala mi wyjść poza granice przyjętych zasad i odważnie zrywać z konwenansami.

Jako dziecko co roku czekał Pan na cyrk przyjeżdżający do Dobrego Miasta nad Łyną, a pierwszy trik pokazał Pan przyjaciołom na klatce schodowej. Potem, jak Pan mówił, pasja „przez wiele lat musiała być uśpiona”. Co ją obudziło i jak wyglądała droga od klatki schodowej do sceny?

W tamtych czasach rozwijanie pasji do sztuki iluzji było niezwykle trudne. Poza kilkoma książkami, zdobycie dobrych materiałów do nauki graniczyło z cudem. Właściwie jedyną drogą, by rozwijać się w sztuce iluzji, było spotkanie na swojej drodze mistrza, innego iluzjonisty, który wprowadziłby cię w ten bardzo hermetyczny, zamknięty świat.

Obecnie to zupełnie inna historia. W dobie internetu z łatwością można trafić na filmy inspirujące do działania, tutoriale wyjaśniające konstrukcję trików czy wreszcie bez problemu kupić potrzebne rekwizyty w specjalistycznych sklepach online.

A co po latach obudziło moją uśpioną pasję? Mój romans z Fire Show, czyli tańcem z ogniem. To właśnie to zajęcie poprowadziło mnie z powrotem na scenę i wprowadziło w fascynujący świat alternatywnego cyrku i świata iluzji.

Ulica, scena i dorosła publiczność

Ma Pan za sobą pantomimę we Wrocławiu, Teatr Dramatyczny w Warszawie, współpracę z teatrem lalek, występy uliczne i festiwale cyrkowe. Czego nauczyły Pana ulica i pantomima? Czym różni się występ na ulicy od występu w telewizji?

Występy przed publicznością na żywo a praca przed kamerami różnią się diametralnie. Szczególnie w moim wykonaniu, ponieważ mój program w ogromnej mierze opiera się na bezpośredniej interakcji z publicznością, delikatnej improwizacji i spontaniczności. Dzięki temu spektakl jest cały czas żywy, a widzowie potrafią docenić błyskotliwe, trafne nawiązania do sytuacji, które wydarzyły się dosłownie sekundę wcześniej.

Ulica bardzo uczy pokory. Tam nikt nie trzyma widzów na siłę. To ty sam musisz ich zainteresować na tyle, by zechcieli się zatrzymać i poczuli, że nie marnują swojego cennego czasu. Występy na dużej scenie, współpraca z reżyserem, choreografem czy realizatorami światła to wspaniałe doświadczenie, jednak to właśnie występy w tak bliskim kontakcie z ludźmi dają mi absolutnie największą satysfakcję. Wtedy wręcz czuję reakcje widzów na własnej skórze.

Obok pokazów dla dzieci i rodzin ma Pan teraz program wyłącznie dla pełnoletnich, z czarnym humorem. Jak Pan sam mówi: „To nie jest grzeczny pokaz”. Co może Pan pokazać dorosłym, czego nie da się pokazać na rodzinnym pikniku?

Zawsze bardzo lubiłem pokazy familijne i występy przed całymi rodzinami. Trzeba jednak przyznać, że podczas spektakli przeznaczonych wyłącznie dla dorosłej publiczności mogę przemycać znacznie więcej podtekstów, bawić się niedopowiedzeniami, półsłówkami i wieloznacznymi skojarzeniami. Myślę, że dorosły widz w zupełnie inny sposób potrafi docenić techniczny warsztat i to tak zwane „niemożliwe”.

Uwielbiam pokazy familijne, jednak to występy dla dorosłych stanowią dla mnie prawdziwe wyzwanie. Starsza publiczność jest dużo bardziej wymagająca i znacznie trudniej wprowadzić ją w błąd. Jeśli jednak uda mi się wciągnąć ich w moją grę i szczerze rozbawić, daje mi to nieporównywalną z niczym innym satysfakcję.

Na plakacie „Jeszcze się uda!” ma Pan zabandażowaną, zakrwawioną dłoń. Co chciał Pan tym powiedzieć widzom? Czy porażka może być dla iluzjonisty paliwem, a nie tylko wpadką?

Sam tytuł spektaklu, „Jeszcze się uda!”, to celowa zabawa dwuznacznością, którą uwielbiam i która świetnie oddaje sam charakter sztuki iluzji. To takie symboliczne puszczenie oka do widza, pokazujące, że nawet spektakularna wpadka z przeszłości może stać się świetnym scenicznym paliwem, o ile tylko ma się do siebie odpowiedni dystans.

Niebezpieczne numery i widzowie na scenie

Pan Ząbek w czerwonej czapce, z palcem przy ustach
Szczegółów numerów Pan Ząbek nie zdradza. Fot. materiały prasowe artysty.

Zapowiedź programu obiecuje niebezpieczne numery. Jak się Pan do nich przygotowuje i gdzie kończy się prawdziwe ryzyko, a zaczyna teatr? Co dzieje się w Pana głowie, kiedy na żywo coś idzie nie po Pana myśli?

Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów, aby nie zepsuć publiczności niespodzianki, ale zależy mi, by widzowie zapamiętali jedno: to przede wszystkim spektakl rozrywkowy. Moim nadrzędnym celem jest wywołanie bogatego wachlarza emocji, od radości i śmiechu, przez totalne zaskoczenie, aż po te mocniejsze odczucia, jak napięcie czy strach. Chcę, aby publiczność opuszczała salę z poczuciem świetnie spędzonego czasu, a nie z obojętnością.

Podczas prób w teatrze pewien reżyser powiedział mi:

„Aktor gra trudne rzeczy tak, by wyglądały na łatwe, a performer gra łatwe rzeczy w taki sposób, by wydawały się trudne”.

Zależy mi, by moi widzowie mieli z tyłu głowy świadomość, że to wszystko jest w istocie iluzją, swoistą cichą umową między artystą a widzem.

W swoim repertuarze miałem niezwykle trudne i niebezpieczne numery: ucieczkę z kaftana bezpieczeństwa wysoko nad ziemią czy z wodnej pułapki. Te wyczyny wymagały intensywnych, wręcz morderczych przygotowań fizycznych i mentalnych, których głównym celem było pokonanie własnego strachu. Sztuczki, które zaprezentuję w trakcie tego spektaklu, mają inny charakter, ale gwarantuję, że równie mocno potrafią trzymać w napięciu.

Widzowie bywają u Pana asystentami, dużo jest improwizacji. W 2019 roku mówił Pan, że prośby w stylu „żeby zwiała żona albo żebym pomnożył jego pieniądze” zdarzają się każdego dnia. Czy widz potrafi zaskoczyć iluzjonistę?

Moje pokazy mocno opierają się na interakcji, co od razu buduje luźną, przyjacielską atmosferę. I choć sam przebieg numerów jest zaplanowany, to udział każdego ochotnika wnosi element całkowitej nieprzewidywalności. Nigdy do końca nie wiem, co zrobi lub powie osoba zaproszona na scenę.

Dlatego na pytanie, czy widz potrafi mnie zaskoczyć, odpowiadam: nieustannie! Nierzadko sam jestem równie zaskoczony obrotem spraw co publiczność. To wymusza na mnie ciągłą czujność, błyskawiczną improwizację i sprawia, że każdy spektakl jest absolutnie unikalny. Uwielbiam to!

Telewizja i iluzja w czasach TikToka

Występował Pan w „Mam Talent!” w kilku edycjach, był Pan też gościem „Pytania na śniadanie”. Co dała Panu telewizja? Czy kamera pomaga iluzji, skoro widz może zatrzymać klatkę i obejrzeć wszystko jeszcze raz?

Udział w programach telewizyjnych to niezwykłe, bardzo pouczające doświadczenie. Często okazuje się, że telewizja sama w sobie potrafi być znacznie większą iluzją niż dziedzina sztuki, którą reprezentuję. Występując przed kamerą, należy precyzyjnie dobrać taki program, który będzie odporny na tak zwane „kąty”, lub mieć całkowitą pewność, że realizator nie ukaże detali, których widz nie powinien dostrzec.

Iluzja to sztuka odwracania uwagi i oszukiwania ludzkiej percepcji. Z kolei telewizja rządzi się własnymi prawami: wszystko musi dziać się szybko, być jasne i kolorowe. Na szczęście na planie wszystkim pracującym przy produkcji zależy, aby ostateczny efekt dobrze wypadł. Dlatego dba się o odpowiednie kadry, a sam proces montażu pozwala w razie potrzeby zatuszować fragmenty, które mogłyby niechcący zdradzić sekret wykonywanego triku.

Pan Ząbek w czarnym kapeluszu i kamizelce, ze skrzyżowanymi rękami
Fot. materiały prasowe artysty.

Mówił Pan, że sekrety iluzji często są „bardzo proste i rozczarowujące”, a sam wydał Pan płytę, na której uczy dwunastu sztuczek. Jak w czasach TikToka, gdzie do każdego triku jest film z wyjaśnieniem, zmieniła się praca iluzjonisty?

Aby czerpać szczerą przyjemność z pokazu iluzji, należy po prostu zaakceptować pewną zasadę: artysta świadomie stara się oszukać nasze zmysły, a my musimy mu na ten krótki czas na to pozwolić. Usilna chęć przyłapania iluzjonisty na „kłamstwie” całkowicie zabija zabawę i przynosi wyłącznie frustrację. Prawda jest taka, że bez potwierdzenia ze strony wykonawcy nigdy nie mamy stuprocentowej pewności, czy faktycznie rozgryźliśmy sekret, czy tylko tak nam się wydaje.

Często sekrety są wręcz trywialnie proste, ale my podświadomie wolimy wierzyć, że dany efekt to wynik ponadprzeciętnych, niemal nadprzyrodzonych umiejętności. Sztuka iluzji to przecież nie tylko zwinne dłonie i specjalne rekwizyty. To przede wszystkim performance: umiejętność poprowadzenia widza, manipulacji jego uwagą i opowiedzenia angażującej historii.

Dlatego nie obawiam się o przyszłość tej branży w erze internetu. Obejrzenie filmiku z wyjaśnieniem sztuczki zaspokaja co prawda naszą ciekawość, ale nie niesie ze sobą żadnych emocji. Dopiero osobisty udział w spektaklu, kiedy na własnej skórze doświadczamy iluzji, daje nam prawdziwe przeżycie. To jest ta absolutnie niepodrabiana jakość, której widz zawsze będzie szukał na żywo.

Dlaczego klub, a nie duża sala

Gra Pan w Jeleniej Górze, w Klubie Kwadrat w budynku JCK. Czy występował Pan już u nas albo w Karkonoszach? Dlaczego ten program gra Pan w klubie, a nie w dużej sali?

Miałem już przyjemność gościć kilka lat temu na deskach JCK, choć w nieco innej formule. Zostałem zaproszony jako jeden z kilku artystów współtworzących większy spektakl cyrkowy.

Tym razem zdecydowałem się na występ w klubie z kilku dość prozaicznych, pragmatycznych powodów. Po raz pierwszy wyruszam w autorską, biletowaną trasę, którą w całości samodzielnie organizuję i finansuję z własnych środków. Moje doświadczenie sceniczne jest ogromne, jednak w świecie marketingu wciąż stawiam pierwsze kroki. Dziś zewsząd zalewa nas ogrom informacji i obiektywnie nie wiem, czy moja reklama zdoła się przez ten natłok przebić, aby z miejsca wyprzedać duży obiekt i pokryć koszty jego wynajmu.

Stawiam więc na kameralne przestrzenie i bezpośredni kontakt. Zależy mi przede wszystkim na budowaniu prawdziwej relacji z publicznością. Chcę, aby widzowie, którzy mi zaufają, wracali na moje występy i ze spektaklu na spektakl stopniowo wypełniali coraz większe sale.

Na koniec: co powiedziałby Pan komuś z Jeleniej Góry, kto jeszcze się waha, czy kupić bilet na 4 listopada? Bez zdradzania niespodzianek.

Powiedziałbym po prostu: dajcie się na ten jeden wieczór oderwać od codziennej rutyny. To nie jest sztampowy pokaz, na którym z cylindra wyskakuje kolejny biały królik. To świetnie skonstruowany spektakl, pełen zaskakujących zwrotów akcji, balansujący na granicy błyskotliwego humoru i magii. Gwarantuję ponad godzinę szczerego śmiechu, potężnej dawki zdumienia i bliskiej, kumpelskiej wręcz interakcji z publicznością, jakiej nie uświadczycie na wielkich salach widowiskowych.

Jeśli szukacie niebanalnej rozrywki na listopadowy wieczór i chcecie przypomnieć sobie, jak to jest dać się autentycznie zaskoczyć, zapraszam. Przyjdźcie i przekonajcie się sami, dlaczego wciąż wierzę, że... „jeszcze się uda”.

Pan Ząbek w Jeleniej Górze: najważniejsze informacje

W skrócie

Program
„Jeszcze się uda!” (Magic Comedy Show), iluzja z czarnym humorem i udziałem publiczności.
Kiedy
środa, 4 listopada 2026, godz. 19:00 (wejście od 18:30), ok. 70 minut.
Gdzie
Klub Kwadrat, ul. Bankowa 28/30, Jelenia Góra (budynek JCK).
Dla kogo
tylko dla pełnoletnich (18+).
Bilety
w serwisie KupBilecik.pl i w lokalnych punktach sprzedaży.
Pan Ząbek „Jeszcze się uda!” na mapie Jeleniej Góry Klub Kwadrat, ul. Bankowa 28/30 · 4 listopada 2026, 19:00 Zobacz wydarzenie na mapie →

Rozmawiał Sławomir Sprawski. Wywiad przeprowadzony mailowo w październiku 2026 roku. Zdjęcia: materiały prasowe Pana Ząbka.